Długo zbierałam się, aby stworzyć ten post, naprawdę długo. 



Zawsze zależało mi na tym, aby dawać swoją opinię i dzielić się swoimi przemyśleniami. Od początku chciałam, żeby to było szczere, dlatego mimo szału na Riverdale, zjechałam ten serial, bo w moim zdaniem po prostu nie jest wart oglądania i nie rozumiem, jakim cudem będzie produkcja 4-ego sezonu. Serio, dlaczego? Ale nieważne, nie Riverdale jest teraz tematem, a jedynie przykładem tego, że na tym blogu przede wszystkim chciałam umieszczać szczere i rzetelne informacje, a nie jakieś pitu-pitu. 

Z tego względu, postanowiłam zrobić to również przy pozycji "Piorun" i mam nadzieję, że wydawnictwo uszanuje moją niestety negatywną opinię na temat tej książki, ponieważ po prostu mi się nie podoba. Mam również nadzieję, że nie wpłynie to na naszą relację, bo jak wszyscy widzieli - książka TO, czego potrzebuję niesamowicie mi się podobała i znajduje się w moich ulubieńcach. Niestety zachwalanie czegoś, co zupełnie mi nie podchodzi jest wbrew mnie samej. A książka niestety jest bardzo rozczarowująca.

Nie będę kłamać, skusiła mnie okładka - zwłaszcza, że szukałam dwóch tytułów z gatunku powieści miłosnej/erotyku, które zaszczycą swoją obecnością moją półkę. Po okazaniu zielonego światła okładce, skusiłam się na przeczytanie opisu fabuły, która również była obiecująca. No właśnie, była. Co się później okazało - to, co jest napisane na tyle okładki, nie odwzorowuje treści wewnątrz książki.

Ogólnie rzecz biorąc zaczynało się całkiem dobrze. Idąc dalej, po poznaniu głównego bohatera, który był takim dość niegrzecznym playboyem i myślałam, że na tym się będziemy skupiać, okazało się, że z erotyki przechodzimy w science-fiction. Nasz playboy nagle został drugim "The Flashem" (dla tych, którzy nie siedzą w komiksach DC - to superbohater o nadnaturalnej mocy można powiedzieć szybkości, przy pomocy której porusza się w zastraszająco szybkim tempie, walczy ze złoczyńcami etc.), a jego sperma świeci. Tak, dobrze czytacie, jego sperma świeci, razi elektrycznością i nie wiem, co jeszcze, bo niestety szybko odłożyłam książkę. 

Właściwie nie wiem, czy ta książka to taki trochę żart, czy autorka tak na serio, ale dla mnie to było zdecydowanie za dużo. Straciłam czas, mimo że przeczytałam tylko sto stron twórczości Pani Payne, a to i tak wydawało mi się zbyt dużym kredytem zaufania i nadziei, że będzie lepiej. Brak fabuły, brak sensu, tylko "piorunujący" seks, który również pojawił się znikąd, bo po krótkim poznaniu bohaterów, nasza "Velvet", (która w rzeczywistości miała inne imię, ale takie podobało się Piorunowi, więc tak postanowił ją nazywać) padła na kolana i poleciała... do pana. Z tyłu książki czytamy, że...

Pracuję na nocną zmianę w pięciogwiazdkowym hotelu w centrum Los Angeles, często więc natykam się na różnych dziwaków. Nic jednak nie mogło mnie przygotować na noc, kiedy poznałam Pioruna. Uratował mi życie., 

Co sugeruje tak naprawdę, że facet faktycznie uratował jej życie i spotkali się w niespodziewanych okolicznościach. NIE. Cholera, oni po prostu poznali się w biurze i nawet się ze sobą nie przywitali, a potem ona przyszła do jego apartamentu oddać dokumenty i zaczęła dziać się dzika, elektryczna, niezrozumiała orgia, którą autorka opisywała w okropny sposób. No chyba, że dla Was porównanie
Jej wargi tworzą idealne kółko, gdy sięga nimi po czubek kutasa jak dziewczynka przystępująca do komunii jest odpowiednie i na miejscu. 

Czuję rozczarowanie, ponieważ okładka i opis książki naprawdę mówią nam, że to może być ciekawa historia, która w rzeczywistości nawet się nie zgrywa i zawiera mnóstwo błędów pod względem stylistycznym, jak i czasami ortograficznym. Szczerze, przeczytałam tylko sto stron i to było wystarczające. Zamknęłam, odłożyłam i nie wrócę do niej. I niestety, chociaż bardzo bym chciała, to jej nie polecam.

Ale mimo wszystko chciałabym podziękować wydawnictwu Edipresse za możliwość przeczytania. Jeśli ktoś z Was preferuje jednak przeczytać Pioruna, znajdziecie książkę tutaj.