Znacie to uczucie, kiedy czekacie dłuższy czas na pewną ekranizację i wiążecie z nią wielkie nadzieje? Odliczacie dni do premiery, a gdy w końcu nadchodzi - wybieracie się czym prędzej do kina licząc na coś spektakularnego. A potem towarzyszy Wam tylko zawód i świadomość zmarnowanego czasu. Takich emocji mogą doświadczyć fani serii "Obecność" po obejrzeniu "Zakonnicy".
Nie raz mówiłam, że bardzo rzadko wybieram się do kina na horrory. Należę do grona osób, które są bojaźliwe i przesądne. Natomiast mój chłopak jest tego zupełnym przeciwieństwem i po raz kolejny przekonał mnie do obejrzenia filmu (wcześniej było to "Kiedy gasną światła", którego recenzja znajduje się tutaj), na który czekał odkąd tylko pojawiła się informacja, że producenci mają w planach go stworzyć.
Muszę przyznać, że dobrze zorganizowane było zaplecze filmu. Ukazane miejsca - przede wszystkim klasztor zakonnic, do którego podróż odbyli bohaterowie - budził ogromny lęk. Stary budynek przypominający ruinę z długimi korytarzami i ciemnymi pomieszczeniami. Odpowiednio dobrana muzyka, współgrała z kręcącymi się krucyfiksami czy ponurym, przysłoniętym mgłą cmentarzem. Kreacja pod względem wizualnym była przynajmniej moim zdaniem dobrze skonstruowana, nawet jeśli były to standardy czy klasyka gatunku. Chociaż ten punkt możemy uznać za symbol podciągania oceny całego projektu.
Zdawać by się mogło, że fabuła jest dobrze rozplanowana i obiecująca. Watykan zleca śledztwo dotyczące samobójstwa jednej z zakonnic księdzu, który już wcześniej spotykał się ze zjawiskami paranormalnymi. Ojciec Burke już od samego początku zaczął przypominać mi wiele postaci z filmów przygodowych - twardy gość, któremu nie straszna żadna eskapada, a niebezpieczeństwo to jego drugie imię. Jego partnerką została Siostra Irene, która dopiero miała złożyć śluby, by oficjalnie zostać zakonnicą.
Nie sprawdzałam obsady, przed wycieczką do kina i byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, kiedy zobaczyłam na ekranie aktorkę, którą możecie znać między innymi z American Horror Story - Taissa Farmiga. Kiedy okazało się, że gra ona jedną z głównych postaci, naprawdę nastawiłam się na coś mocnego. Patrząc jednak na Siostrę Irene zauważamy łudzące podobieństwo do Lorraine Warren, którą fani "Obecności" powinni dobrze znać. Umyślnie lub nie, producenci wprowadzają tutaj nutkę tajemnicy i dają widzom do myślenia. Czy obie panie są w jakiś sposób ze sobą powiązane?
Duet księdza i zakonnicy rozpoczynał całą historię, robiąc naprawdę dobre wprowadzenie. Akcja sama płynęła, mając sens. Ale gdy do tego duetu dołączył jeszcze jeden bohater nazywany Francuzikiem, coś w całym zamyśle filmu zaczęło się nie zgadzać. Niestety, ale złym zamysłem było wplątanie w całą opowieść przystojnego Francuzo-Kanadyjczyka, ponieważ to właśnie on wprowadzał główne zamieszanie do całego gatunku. Mogłabym określić jego osobę tylko jednym słowem - abstrakcja. W filmie, jaki powinien budzić grozę, otrzymujemy mężczyznę podrywającego zakonnicę, a także strojącego sobie żarty w scenach najmniej do tego odpowiednich, które miały budzić grozę, a zamiast tego rozśmieszały całą salę kinową.
Jako, że oglądałam również "Obecność" i można powiedzieć, że wiedziałam " z czym to się je ", byłam przygotowana na ostrą jazdę, czyli siedzenie z oczami zamkniętymi lub zasłoniętymi szalikiem. Dobry horror powinien straszyć i przerażać w najmniej przewidywalnym momencie, a w tym przypadku niestety dało się wyczuć co, a także kiedy nastąpi. Krępujące cisze oraz budująca napięcie muzyka dawały sygnał, że za chwilę coś się stanie i tak było. W produkcji nie brakowało tzw. "jumpscare'ów". Można więc powiedzieć, że zachowano schemat, w którym powiedzmy, że całkiem niespodziewanie demon atakuje i może dałoby się to przełknąć, ale to nie był jedyny problem napotkany w tej ekranizacji.
Jak to opisałam swoim kinowym osobom towarzyszącym i skromnie mówiąc, wydaje mi się, że trafiłam w punkt - "Zakonnica" była powtórką "Indiana Jones" z taką różnicą, że ku przygodzie wyruszył ksiądz, zakonnica i swojski chłop przewożący zapasy, który zawiesił oko na swojej towarzyszce. I tutaj film zdecydowanie został przekombinowany, bo z horroru przerodził się w przygodówkę pełną akcji, a dodatkowo z wątkiem romantycznym i nutką humoru. Co tu właściwie się zadziało? Kto w ogóle na to wpadł? Gdzie ta "najlepsza część serii Obecności"? Dlaczego zabrakło elementów niezbędnych do stworzenia nawet tego schematycznego horroru? Nie wiem.
Ciężko odpowiedzieć na podsumowujące pytanie - czy polecam. Film jest do obejrzenia, ale czy wart był pójścia do kina, a w dodatku na premierę? Szczerze wątpię.



0 Komentarze